Tatry po męsku
Planowany już w styczniu męski wyjazd w Tatry wypalił!
Łukasz już 2 lata temu miał w głowie pomysł wyjazdu, męskiego wyjazdu. Po przeczytaniu pewnego artykułu pomysł zaczął żyć i w sierpniu'09 stał się faktem (ciałem - mowiąc językiem biblii). Początkowo ekipa była 5-6 osobowa, ostatecznie jednak wyjazd skupił dziewięciu facetów w wieku od 17 do 37 lat. Z Warszawy wyruszyliśmy tuż po północy 15 sierpnia. Wybraliśmy trasę przez Częstochowę, tak by tego dnia (a bardziej nocy, była 4:10 rano) oddać pokłon Matce przed Jej jasnogórskim wizerunkiem.
W Zakopanem byliśmy wcześnie rano. Razem z kilkoma wielbicielkami gór z naszej grupy (w tym moją narzeczoną), które już od tygodnia deptały Tatrzańskie szlaki, poszliśmy na Mszę Św. Później też wspólnie wdrapaliśmy się do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Był to nie lada wyczyn, bo każdy z nas dziwigał kilkudziesięciokilogramowy plecak spakowany na trzy dni pobytu. Po przybyciu padliśmy. Zjedliśmy ciasto, własnoręcznie upieczone przez Bizonię (dostarczyła je tuż przed wyjazdem, w Warszawie) i poszliśmy się zakwaterować. Z racji święta schronisko pękało w szwach. Tego dnia trudno było o choćby jedno miejsce leżące. Nawet na podłogach nie było miejsca. Recepcjonistka nie mogła uwierzyć kiedy powiedziałem, że mamy zarezerwowanych 9 miejsc na 3 doby. Sześć razy musiałem powtarzać, że to nie są żarty. W końcu się udało. Zakwaterowani pożegnaliśmy dziewczyny i zaczął się ściśle męski pobyt w najwyżej położonej krainie Polski.
W schronisku woda występuje tylko w dwóch odmianach, jak wrzątek do herbaty lub lodowata w łazience. Mimo to wieczorem do prysznica ustawiały się ogonki długie na kilkadziesiąt minut czekania. Stąd następnego dnia wstaliśmy wcześniej i nadrabialiśmy zaległości w higienie osobistej.
Wyszliśmy tuż po śniadaniu. Wędrówkę rozpoczęliśmy od wspólnej modlitwy przy Małym Stawie Polskim. Dzień był piękny, słoneczny. Panowała dobra widoczność. Temperatura była wymarzona na górskie wyprawy, ciepło ale nie upalnie. Szybko dotarliśmy na Szpiglasową Przełęcz i Szpiglasowy Wierch skąd roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków Tatr. Dalej obranym szlakiem szliśmy w kierunku Morskiego Oka. Część ekipy poszła tam bezpośrednio, a pięciu z nas postanowiło jeszcze "zahaczyć" o Wrota Chałubińskiego. W M-Oku posililiśmy się i po dłuższym postoju wyruszyliśmy do naszej bazy, czyli schroniska w dolinie pięciu stawów. Była niedziela. O 19oo dwóch obecnych tam księży odprawiło zapewne najwyżej położoną tego dnia Mszę Świętą w Polsce. Główny celebrans siedział w czasie homilii. Tłumaczył to faktem, że Pan Jezus w synagodze po przeczytaniu zwoju Pisma też usiadł i tak przemawiał. W homilii poruszył wątek wysiłku, do którego przecież nikt nas nie zmuszał, a jednak sami go wybraliśmy. Ta Msza Św odprawiana w stołówce schroniska była wyjątkowa.
Poniedziałkowy ranek wyglądał bardzo podobnie jak poprzedni. Znów wczesna pobudka, mycie, śniadanie, modlitwa tuż po wyjściu. Tym razem jednak postawiliśmy sobie bardziej ambitny cel. Chcieliśmy zdobyć słynną Orlą Perć - najtrudniejszy szlak w Tatrach. Gładko dotarliśmy do Zawratu. Tam zobaczyliśmy Figurkę Matki Bożej przytwierdzoną do skały. Tam też posililiśmy się i odpoczęliśmy. Zaczynająca się tutaj Orla Perć aż do Koziego Wierchu jest jednokierunkowa. Przy tym pierwsze zejście jest na Koziej Przełęczy. Mieliśmy trudną decyzję, ponieważ nad nami zaczynały zbierać się nieprzyjaźnie wyglądające chmury. Zachęceni sukcesami poprzednich dni, ale też pragnieniem przygody zdecydowaliśmy się wyruszyć. Już od początku szlak dał się poznać jako bardziej wymagający niż wszystkie dotychczasowe. Wielu z nas było w Tatrach pierwszy raz lub pierwszy raz od dawna. Wszyscy czuliśmy respekt przed granią po której się wspinaliśmy. Momentami była ona szerokości leśnej ścieżki, a z obu stron ziały strome skalne zbocza. Chwilę po południu dotarliśmy na Mały Kozli Wierch. Tam odmówiliśmy Anioł Pański.
Chmury coraz bardziej spowijały niebo i wkrótce zaczęło delikatnie padać. Wszechobecne łańcuchy stały się śliskie. Teraz już wszyscy z nas mieli niezłego pietra. Szliśmy bardzo ostrożnie i powoli. Łukasz szedł pierwszy, a ja ostatni. Wkrótce pierwsza trójka oderwała się od reszty i zniknęła nam z oczu. Później dołączyli do nich dwaj następni. We trzech zostaliśmy nieco w tyle. Deszcz padał dosyć obficie, a w pewnym momencie dołączył do niego grad. Nie znajdując schronienia zatrzymaliśmy się na pierwszym wypłaszczeniu przy pionowej skale. Stojąc tak w strugach deszczu i gradu w oddali widzieliśmy skąpane w słońcu Zakopane i część podhala. Ten widok obudził we mnie nadzieję, że niedługo i my będziemy mogli wyschnąć w promieniach słońca. Czas płynął, zmówiliśmy wspólnie dziesiątkę różańca, choć już wcześniej w sercach trwała modlitwa. Opady słabły, to znów się nasilały. Czekaliśmy.
W końcu deszcz zelżał na tyle, aby można było wyruszyć. Znowu mokre łańcuchy i śliski grad na skałach. Sącząca się po łańcuchach lodowata woda wpływała pod rękawy. Zatrzymaliśmy się napotykając strome urwisko. Wychyliłem się i zobaczyłem drabinkę, a pod nią przepaść (fachowcy powiedzieli by: ekspozycja). Była to Kozia Przełęcz czyli pierwsze możliwe zejście z Orlej Perci. Przed zejściem drabinką postanowiliśmy odpocząć. Wychyliłem się jeszcze raz nad urwiskiem i ku swojej radości, zobaczyłem resztę naszej ekipy. Siedzieli pod półką skalną chroniąc się przed deszczem i gradem. Pomachaliśmy do siebie i znów poczuliśmy się razem. Chwilę później świeciło na nas słońce. Drabinka wydawała się trudna, jeszcze wilgotna, ale bez problemu udało się nią zejść. Po dołączeniu do czołowej piątki nikt nie miał wątpliwości, że należy schodzić do schroniska. Zwłaszcza po wysłuchaniu relacji dwóch chłopaków schodzących z Koziego Wierchu.
Tego wieczora w schronisku wiele mówiliśmy o przygodzie, która nas spotkała. Modliliśmy się też dziękując za powrót do bazy. Dawid już na szlaku wyraził głośno swoją ufność, że Bóg nas cało sprowadzi na dół. Tak się stało i jesteśmy wdzięczni Bogu.
Wtorek był ostatnim dniem wyprawy. Z nieco lżejszymi plecakami zeszliśmy ze schroniska do Zakopanego. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni z tej wyprawy, dumni z wejścia na Orlą Perć. Na szlakach trochę rozmawialiśmy, ale jednak więcej było ciszy. Sporo działo się w sercach. Więcej rozmów było w schronisku. Opowiadaliśmy historie i dowcipy. Panowała między nami jakaś jedność. Myślę, że to za przyczyną wspólnych modłów. Bardzo się cieszę, że mogłem być na tej wyprawie. Cieszę się też na nasze spotkanie. To już w tą sobotę (19.IX) u Mariusza. Chcemy znowu pobyć razem, powspominać, pośmiać się i obejrzeć zdjęcia. Zrobiliśmy ich bardzo dużo. Kilka możecie zobaczyć tutaj>>
Relacja Łukasza
http://lkfoto.wordpress.com/2009/11/22/wyprawa-w-tatry-dzien-i-2/
Relacja Łukasza - dzień 2
http://lkfoto.wordpress.com/2009/12/29/wyprawa-w-tatry-dzien-ii/
Powtórka?